SIERAKOWO SŁUPSKIE
Wieś sołecka liczącą 241 mieszkańców (31.12.2010r) położona jest na skraju podmokłej, porośniętej łąkami doliny, przy trasie Słupsk-Kępice, w odległości około 10 km od Słupska i w promieniu około 4 km na południe od Kobylnicy.
do pobrania:
• pobierz (155kb)
• pobierz (32kb)
Sołectwo zostało założone w 1946 roku. Obszar sołectwa obejmuje wieś Sierakowo, która jest siedzibą organów sołectwa.
SOŁTYS
Pan Stanisław Puć
Sierakowo 3a
76-251 Kobylnica
RADA SOŁECKA
Pani Teresa Jendruszko
Pani Jolanta Kałwak
Pan Eckhard Gdowski
Pan Artur Smysło
Na terenie sołectwa prężnie działa jednostka Ochotniczej Straży Pożarnej, włączona do Krajowego systemu Ratowniczo-Gaśniczego. Jednostka posiada na swoim wyposażeniu dwa ciężkie samochody ratowniczo - gaśnicze. Działa również Koło Gospodyń Wiejskich. We wsi dwa zakłady mechaniki pojazdowej, zakład garbarski, zakład przetwórstwa rybnego, Kółko Rolnicze oraz sklep ogólnospożywczy.
Zabytki
Do jednych z najstarszych zabytków w regionie zalicza się Kościół filialny w Sierakowie p.w. Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny. Jest on przykładem gotyckiej, murowanej budowli sakralnej z XV wieku, częściowo przebudowanej w wieku XVII. Orientowany, jednonawowy, z wieżą frontową o dwóch kondygnacjach. Pierwsze zapisy wspominające wizytację władz kościelnych wskazują istnienie kościoła w 1539 r. Przed kościołem zachowany jest cokół pomnika wzniesionego dla upamiętnienia poległych w czasie I wojny światowej, na którym po roku 1946 ustawiono figurę Chrystusa. Wieża kościoła wykonana została w dolnej części z polnych kamieni - wygląda jak średniowieczna warownia, górna część podzielona spiczastymi łukami posiada liczne otwory dźwiękowe, dach wieży miał formę siodłową, a wejście od strony zachodniej było zwieńczone sklepieniem ostrołukowym. Wnętrze kościoła pokryte było płaską boazerią i całkowicie obudowane galerami. Uwagę przyciągał stary chór ze ścianą szczytową i ozdobnymi przyporami. Kościół miał skromny ołtarz i barokową ambonę oraz osiemnastowieczne organy. Przy balustradzie znajdowało się godło z trzyczęściowym szyldem, którego górna część przedstawiała rękę wyłaniającą się z chmury i trzymającą pióro. W części środkowej były trzy ryby a w dolnej łeb świni. Według napisu na jednej z pamiątkowych tablic organy zostały zbudowane na polecenie Alexandra Martina Schiebla von Schiebelsteina w 1775 r., a epitafium z 1683 r. zdobił obraz Zbawiciela na krzyżu, obok stały postacie fundatorów - Jacoba Wobesera i Kathariny Wobersnowen. Jedno z okien zdobił kolorowy witraż przedstawiający Chrystusa na krzyżu i modlącą się parę na tle dużego miasta. Inskrypcja pod witrażem, jako fundatora wymienia Martena Steingrebera Santzkowa (1617). Także na chórze zachowało się kilka witraży m.in. dwa herby z nazwiskami Petera i Hansa Puttkamerów. Na przestrzeni wieków kościół uległ licznym zmianom. Przebudowano zachodnią ścianę wieży kościoła, w 1736 roku dobudowano nawę z prostokątnym węższym prezbiterium. Na początku XX wieku dobudowano trójboczna absydę i powiększono okna nawy. Z zabytkowego wyposażenia świątyni zachowała się barokowa XVII - wieczna ambona i konfesjonał zbudowany z fragmentów XVII - wiecznych ołtarzy, cynowa misa chrzcielna z 1618 r., XVII - wieczne czoła ławek wykorzystane jako podstawy ołtarzy bocznych, zegar na wieży kościelnej z końca XVIII wieku, 5 tablic epitafijnych, granitowa kropielnica, tablica z wykazem miejscowych pastorów od XVI do XX w. Na przykościelnym cmentarzu były krzyże i kraty żeliwne z połowy XIX w. Niedaleko kościoła w odległości około 300 m na zachód znajduje się dobrze zachowane wczesnośredniowieczne grodzisko. We wsi dwór z oficyną z początku XIX w.
Wieś nosiła następujące nazwy: Suracowe (1267), Cirghowe (1301), Zirchow (1613). Pierwotna postać nazwy Żyrakowo pochodzi od nazwy osobowej Żyrak, w języku niemieckim Zirchow. Jest to jedna z najstarszych wsi w regionie słupskim. Początkowo był to majątek ziemski przekształcony z czasem w wieś rolniczą, która otoczona przez pagórki, łąki i zarośla, tworzyła, szczególnie latem, piękny element krajobrazu. Wieś posiada układ oparty na planie ulicówki. Pierwsza wzmianka o Sierakowie pochodzi z 1287 r. występuje ona w dokumentach księcia Mszczuja, w którym potwierdza nadanie wsi klasztorowi w Bukowie. W 1495 r. wieś stanowiła lenno Vobeserów. I choć zapisy w istniejących dokumentach archiwalnych zawierają informacje, że kolejnymi właścicielami wsi byli Erdmann Casimir von Maruner, Michael Kappe oraz właściciel domu bez gruntu Jacob Manke, to według historyków z rąk rodziny Viobeserów Sierakowo przeszło dopiero w posiadanie Heinricha Albrechta von Blumenstahl w 1717 r. W 1739 r. wieś stała się posiadłością Aleksandra von Schiebelstein i dobrem potomków tejże rodziny pozostawało przez dłuższy czas. W 1784r. Sierakowo było wsią folwarczną, mieszkało tam dwóch właścicieli domów bez ziemi, kowal, 4 rolników, kaznodzieja i kościelny. Poprzez umowę małżeńską wieś wraz z innymi dobrami w 1790 r. stała się własnością rodu Boninów, a w 1842 r. Aleksander Bonin sprzedał Sierakowo za 39.000 talarów. Księgi zawierają zapisy dotyczące następujących właścicieli: pani Siemers (1884) i Hansa Siemersa (1928). W 1939 r. Sierakowo liczyło 44 gospodarstwa rolne, w tym 4 o powierzchni do 5 ha, 13 od 5 do 10 ha, 24 od 10 ha do 20 ha i 3 większe od 20 ha. Liczba ludności wynosiła wtedy 259 osób. Wieś wraz z przyległymi gruntami zajmowała powierzchnię 549 ha, prosperowało w niej 65 gospodarstw domowych. Pozostała ludność zamieszkiwała 25 innych budynków mieszkalnych. Sierakowo administracyjne należało wówczas do gminy Kończewo, gdzie mieścił się właściwy dla tej wsi Urząd Stanu Cywilnego. Sierakowo podlegało Okręgowi Żandarmerii w Kobylnicy i sądownictwu w Słupsku. We wsi znajdowała się poczta. W 1931 r. funkcję sołtysa pełnił Bruno Stiewe. W 1932 r. w Sierakowie funkcjonowała jednostopniowa szkoła, w której uczyło się 33 dzieci a nauczycielem był Kanenzki.
Było to bardzo, bardzo dawno temu, za panowania potężnego księcia pomorskiego Racibora1.
W okolicy grasował w tym czasie groźny rycerz - rozbójnik. Wszebór go nazywano, bo w każdym borze można było go spotkać. Gród jego wznosił się na niewielkim wzgórzu pośród bagiennego lasu, a otoczony ze wszech stron dla większego bezpieczeństwa obronnym ziemnym wałem, stanowił prawdziwą ostoję dla jego mieszkańców.
W grodzie Wszeborowym oprócz licznej służby, mieszkały dwie jego dorodne córki Dobrochna i Lutosława. Pieczę nad nimi sprawowała stara piastunka Świechna. Zastępowała im matkę, która wcześnie je osierociła.
Będący w sile wieku Wszebór, zajęty łupieżczymi wyprawami, ani myślał o powtórnym ożenku. Świechnie powierzył wychowywanie dorastających córek i dozór nad swoim zbójeckim dobytkiem. Całą uwagę poświęcał tylko swojej drużynie, składającej się z takich jak on bez serca zabijaków. Razem wypuszczali się na Brandeburów2 czy też na ziemie polańskiego księcia Bolesława, paląc wioski i wszelki dobytek rabując. Jego zbójeckie oblicze zasmucał tylko fakt, że nie miał męskiego potomka, po prostu nie miał dziedzica.
Kres jego łupieżczym wyprawom na polskie ziemie położył Książe Bolesław zwany Krzywoustym. Rozbił on pod Nakłem wojska pomorskie Racibora i jego brata Warcisława, a po kolejnych wyprawach zmusił ich do przyjęcia nowej wiary i poddaństwa ustanawiając swoje zwierzchnictwo nad Pomorzem. Wtedy i Wszebór musiał uznać zwierzchność księcia Bolesława
Stary rozbójnik też przyjął chrzest, ale swoich Bogów się nie wyrzekł. On i jego drużyna nadal przed każdą wyprawą oddawali cześć Perkunowi3. Nikt tu przecież nie widywał braci zakonnych z odległego Wolina4 gdzie mieli swoją siedzibę. Droga do nich wiodła bowiem przez bagienną puszczę.
Teraz znów szykował się na wojenną wyprawę. To książę Racibor tym razem zwołał rycerzy przeciwko Dunom5, którzy od zachodu razem z Niemcami zaczęli najeżdżać pomorskie ziemie. Książe postanowił przeprawić się przez Bałtyk i uderzyć na Konungahelę6, główny port i miasto Wikingów.
Wyprawa przez morze nie pociągała zbyt Wszebora, jednak posłuszny woli księcia postanowił razem ze swoją drużyną stawić się w Kołobrzegu, gdzie zbierali się pomorscy wojowie. Zatem od rana sposobiono się do wyprawy. Szykowano oręż i zbroje, wędzono mięso i ryby. A że pośród służby budził strach ogromny, robota żwawo się posuwała.
Kiedy już wszystko było gotowe do drogi, a letni wieczór przyniósł nieco ochłody, dając wytchnienie po ciężkiej pracy, zebrał wszystkich Wszebór w świetlicy, aby przed rannym wyjazdem raz jeszcze omówić plan wyprawy, a także ustalić komu powierzyć komendę nad bezpieczeństwem grodu na czas jego nieobecności. Nie chciał pozostawiać córek z samą Świechną i czeladzią7. Dorosłe prawie już były, i czas był wydać je za mąż za kogoś godnego. Nie zauważył jakoś jak wyrosły na dorodne panny, nie zauważył też, jak często wzrok ich kierował się ku młodym Nałęczom8.
A właśnie Nałęczowie, bracia Żyrko i Konisz od niedawna służyli w drużynie. Ojciec ich uchodzić musiał z kraju, bo opowiedział się za Zbigniewem9, występując tym samym przeciwko Bolkowi Krzywoustym zwanym. Dobra Nałęczów przejął wierny Bolkowi ród Łabędziów10. Wywodził się on ze znanych duńskich rycerzy, a stary Nałęcz w potyczkach z Dunami nie jeden miecz na ich karkach wyszczerbił.
Teraz też stary Nałęcz z ochotą szykował się na wyprawę. Cieszyła go ogromnie myśl, że będzie miał u swego boku dwóch synów. Do Wszebora przystał tylko dlatego, że ten najeżdżał Bolkowe ziemie, stwarzając mu przez to okazję wyrównania doznanych krzywd. Nie w smak mu było przyjęcie zwierzchnictwa polańskiego księcia nad Pomorzem. Wracać nie było powodu bo za zdradę książę mógł gardłem pokarać11. Dalej więc z Wszeborem na wyprawy chadzał. Ten podział łupów sprawiedliwie dzielił, toteż zdobycznego dobra Nałęczom nie brakowało. Osiąść gdzieś na pomorskiej ziemi razem z synami pragnął, lecz na to nadanie książęce potrzebne było, a tylko zasłużonym w boju książe ziemię nadawał. Teraz nadarzała się ku temu dogodna sposobność.
Żyrko i Konisz ochoczo gotowali się na pierwszą wyprawę wojenną. Wiedzieli wszak, że będzie możliwość zdobycia znacznych łupów, a i książę za męstwo pasem rycerskim może naznaczyć. Smak nowych przygód przesłaniał jednak widok smutnych oczu Dobrochny i Lutosławy.
Młodzi Nałęczowie przypadli do serca obu pannom, to też ich wyjazd smucił je bardzo. Tym razem z grodu wyjechać miała cała drużyna. Panny zostać miały tylkoze służbą i starą Świechną. Ojciec pozostawił dla ich ochrony kilku wojów pod wodzą Stoigniewa, mimo to były pełne obaw nie tyle o swoje bezpieczeństwo, ale nade wszystko o Konisza i Żyrkę, czy aby cali i zdrowi wrócą z wyprawy i czy będą o nich pamiętać.
Następnego dnia wczesnym rankiem gród opustoszał.
Dobrochna i Lutosława ocierając łzy długo wpatrywały się w drogę, na której tylko kurz po Wszeborowej drużynie się ostał. Ojciec ledwie coś burknął na pożegnanie, zaś młodzi Nałęczowie przypadli do ich rąk wyznając swoje gorące uczucia.
Serca niewieście strwożył jednak czarny kruk, który przelatując nad grodem ponurym swym krakaniem zasiał w nich głęboki niepokój. Czyżby to była zła wróżba dla ruszających na wyprawę, czy też dla pozostających w grodzie, a może dla jednych i drugich?
Splunął za siebie Wszebór odganiając złe myśli, spojrzał na gród, na Stoigniewa, któremu opiekę nad grodem powierzył i na swoje córki. Podniósł rękę i dał znak do drogi. Jechali w milczeniu, spojrzał jeszcze raz za siebie, w dali niknęły zabudowania, a jemu się nadal zdawało, że na wale widzi jeszcze swoje dzieci. Dziwny niepokój znowu go ogarnął, czy aby jeszcze raz je zobaczy.
Zebrali się pomorscy wojowie w Kołobrzegu na największej wyprawie morskiej. 650 okrętów wypłynęło w kierunku Konungaheli z portu Kołobrzeskiego, aby po pokonaniu 300 mil i dwóch cieśnin duńskich dotrzeć bez większych przeszkód do celu wyprawy.
Książe Racibor, który nie po raz pierwszy brał udział w wyprawie na Skandynawów, podzielił swoje wojsko na dwie części, po czym skierował jedną do miasta i portu, a drugą w kierunku obronnego grodu, skąd wysypywała się już gromada zbrojnych Wikingów.
Wszebór wraz ze swoją drużyną i częścią pomorskiego wojska bezpiecznie dobił do brzegu. Kiedy konno ruszyli do portu pod murami trwała już zażarta bitwa. Na atakujących Pomorców leciał grad strzał, oszczepów i kamieni. Pomimo zaciętej obrony wojowie Racibora wdarli się do miasta rabując i paląc domostwa. Ci, którzy nie padli od słowiańskich mieczy lub nie zginęli w płomieniach palącego się portu szukali ratunku w grodzie, ale ten oblegany przez książęcych wojów nie był w stanie przyjść z pomocą.
W płonącym mieście dogasała już bitwa. Po ciężkiej walce z kupcami wojownicy Racibora spalili ich statki, wzięli do niewoli pozostałych przy życiu i ruszyli pod gród. Oblężeni, widząc zdecydowaną przewagę Słowian poddali gród, wykupując się suknem i
złotem. Racibor przyjął warunki poddaństwa, lecz ich nie dotrzymał12. Pomorcy złupili gród doszczętnie biorąc do niewoli tylko tych, którzy mogli by się z tej niewoli wykupić.
Zabijali wszystkich słabych i chorych, których trudno było uprowadzić ze sobą. Zabijali też wszystkich niższego pochodzenia bo nie dawali gwarancji godnego okupu.
Książe Racibor i jego zwycięskie wojska wracały na pomorskie ziemie. Wśród zwycięzców nie było jednak Wszebora i starego Nałęcza.
Po zdobyciu portu ruszył Wszebór ze swoimi na podbój grodu. Po jego poddaniu i otworzeniu bram, na rozkaz księcia wdarł się wraz z innymi do środka.
Na rozległym dziedzińcu stali obrońcy już bez broni, ta leżała zebrana na kupie. Z mieczami w rękach czekali pomorscy wojowie na przybycie księcia. Ten zjawił się niebawem. Nie zsiadając z konia przypatrywał się groźnie Skandynawom.
Olwer - dowódca grodu skinął na swoich, Ci zaczęli znosić pod nogi księcia złoto i inne cenne przedmioty. Gdy ostatnia moneta została rzucona, książe nie bacząc na złożoną wcześniej obietnicę dał znak do plądrowania
Wszebór nie patrząc na innych skoczył do najbliższego pomieszczenia. W mrocznej izbie tłoczyły się niewiasty i dzieci. Nie bacząc na lament przerażonych kobiet ruszył do komory szukając łupów. Zdzielił głownią miecza zagradzającą mu drogę starą kobietę, która czepiając się jego nóg nie chciała go dalej wpuścić. Odepchnął znieruchomiałe ciało i wkroczył do komory. W niewielkim pomieszczeniu ujrzał młodego zakrwawionego skandynawskiego woja, który stał chwiejąc się na nogach podtrzymywany przez młodą kobietę. Wszebór podniósł miecz by przebić nim Wikinga, ta z krzykiem zasłoniła własną piersią młodzieńca. Opuścił miecz, zdało mu się bowiem, że widzi przed sobą jakby przez mgłę Dobrochnę, córkę swoją. Stanął osłupiały. Moment zaskoczenia wykorzystał Wiking. Dobył sztylet i ostatkiem sił zadał cios Wszeborowi. Stali tak przez chwilę w niemym milczeniu, po czym Wszebór bez czucia osunął się na ziemię. Do izby wpadli Wszeborowi woje. Zobaczywszy leżącego bez oznak życia swego wodza, w zapamiętaniu i wielkim gniewie wybili wszystkich nie patrząc czy to dziecko, czy kobieta.
Wynieśli Nałęczowie na dziedziniec Wszebora. Ułożyli go na ziemi, ten oczy otworzył, chwycił za rękę starego Nałęcza, jakby chciał coś powiedzieć. Pochylił się nad nim stary polanski wojak.
Córki i ziemię swoją wam powierzam - wyszeptał, miejcie baczenie na ich cześć jak na cześć swoich rodzonych. To powiedziawszy zakrztusił się, jeszcze chciał coś powiedzieć, ale sił mu zbrakło. Spojrzał tylko w niebo jakby tam chciał szukać ratunku. Oczy powoli mu gasły. Stary wojak dokonał żywota w obcej ziemi, z dala od swoich. Za to z mieczem w ręku jak na pomorskiego woja przystało.
Zamknął oczy Wszeborowi stary Nałęcz. Kazał synom zabrać ciało aby pochować go w pomorskiej ziemi zgodnie z panującym tam zwyczajem.
Ustał już w grodzie mord i rabunek. Ładowano łupy i jeńców na okręty.
Stary Nałęcz objął dowództwo nad Wszeborową drużyną, ładowała ona teraz swoją zdobycz na wielką łódź, która swobodnie mieściła ze 40 chłopa i wszelką zdobycz.. Po środku
łodzi ułożono zwłoki Wszebora. Przykryte dla bezpieczeństwa skórami czekały na swój pochówek.
Płyną długie łodzie Słowian do Kołobrzegu, pełne zdobytych łupów i jeńców. Sroży się morze, pędzi wiatr ogromne fale, niebo ciska gromy i błyskawice. Rozproszyły się statki po morzu, z trudem przebijając się przez fale. Na próżno omdlałe ręce starają utrzymać ster i wiosła. Wiatr wyrywa maszty, fale zmywają ludzi do morza. Idą na dno przeładowane okręty.
Dopłynął książe Racibor do Kołobrzegu, zostawiając na dnie Bałtyku część zdobyczy i wojska swego. Krwawe to były żniwa, tym droższa więc była za nie zapłata.
Wstał świt. Leniwe fale z cichym szumem rozbijały się na piasku, obmywając wyrzucone na brzeg szczątki okrętów. Gdzie niegdzie leżały resztki żagla splątane wodorostami.
Na morzu unosiła się spora część masztu, do którego przywiązani liną dwaj młodzi Nałęczowie resztkami sił starali się dopłynąć do brzegu. Gdy kolejna fala cisnęła drzewce na brzeg, a ręce miast wody zagarnęły piasek, odetchnęli z ulgą.
W ostatniej chwili morze zwróciło im życie, ale życie zawdzięczali też i ojcu, który widząc jak fale rozbijają ich łódź, nakazał przywiązać się im do masztu. W chwilę potem pod naporem wody przełamał się statek na pół. Z trzaskiem pękł maszt, uniosła go woda, a wraz z nią uczepionych Nałęczów. Trzy dni unosili się na pełnym morzu wypatrując brzegu. Uspokoiło się morze. Wiatr zmienił kierunek dając nadzieję, że fale wyrzucą ich wreszcie na brzeg i kiedy to się stało, zdali sobie sprawę, jak niewiele brakowało, aby utonęli tak jak ojciec i reszta załogi.
Długo dochodzili do zdrowia na dworze księcia Racibora, który dowiedziawszy się o ich cudownym ocaleniu, wziął ich pod swoją opiekę. Pamiętając zasługi ich ojca oraz to, że ich dobytek morze zabrało, hojnie ich wynagrodził. Zezwolił im też na osiedlenie się w ziemi Wszeborowej pod warunkiem, że młode Wszeborówny za żony pojmą.
Spełniło się marzenie Konisza i Żyrki. Pokłonili się nisko księciu dziękując za łaskę i gościnę i ruszyli ochoczo do grodu Wszebora.
Minęły miesiące, odkąd wyruszył Wszebór ze swoją drużyną na zwołaną przez księcia Racibora wyprawę przeciw Dunom.
Do grodu docierały różne wieści. Jedne mówiły o zwycięstwie i bogatych łupach, drugie o zatonięciu wielu słowiańskich okrętów i o tragicznej śmierci pomorskiego woja i jego drużyny.
Stoigniewem targały sprzeczne uczucia. Śmierć Wszebora dawała możliwość zagarnięcia jego dobra, z drugiej strony książę, który wysoko sobie cenił pomorskiego rycerza, mógł wyznaczyć swojego opiekuna nad grodem i dziewkami do czasu ich zamążpójścia. Wtedy marzenia o bogactwie spełzłyby na niczym.
Chciwość jednak wzięła górę nad rozsądkiem. Postanowił wywieźć zgromadzone w grodzie skarby. Pozbyć się także świadków kradzieży, a gród spalić. A że sam tego nie mógł dokonać, najął sobie dwóch spośród czeladzi pachołków.
Przejęte losem najbliższych, Dobrochna i Lutosława odchodziły od zmysłów. Będąc w rozpaczy, nie zauważyły czynionych przez Stoigniewa przygotowań do realizacji swojego niecnego planu. Okrutnie zatem były zdziwione, gdy stara Świechna obudziła je pośród głębokiej nocy nakazując im w największej ciszy uchodzić z grodu. Wyrwane ze snu i przerażone nagłym pośpiechem bez słowa opuściły swoją izbę.
Świechna wiedziała jaki los czeka córki Wszebora od jednego z pachołków, któremu żal zrobiło się dziewczyn. Kierując się litością powiadomił o wszystkim starą nianię. Teraz w największej ciszy, samotrzeć13 uchodziły z grodu.
Kazał Stoigniew zbirom swoim zaprzeć kołkami drzwi od pomieszczeń gdzie służba spała, załadować zrabowane dobra na wóz, sam zaś w kilku miejscach gród podpaliwszy, wyjechał z grodu nie oglądając się za siebie.
Ciemne niebo powoli rozjaśniała łuna.
Im bliżej byli grodu, tym jakiś dziwny niepokój o panny ogarniał młodych Nałęczów. W powietrzu dawało się wyczuć woń spalenizny. Ponaglili konie, które i tak już od dłuższego czasu szły stępa. Wreszcie oczom ich ukazał się wał otaczający gród, a właściwie jego zgliszcza.
Dwór musiał spalić się niedawno, bowiem z resztek zabudowań otaczających majdan dym się jeszcze dobywał, a i gdzie niegdzie wiatr jeszcze ogień rozniecał.
Stali Nałęczowie w milczeniu ze ściśniętym gardłem. Los ich nie szczędził, a. teraz jak sądzili, pozbawił ich także ukochanych panien.
Po niedługim czasie rozsądek nakazał im przeszukać gród. Może pozostawione ślady dadzą odpowiedź co było przyczyną tragedii. Nie bacząc na bijący żar z tlącego się jeszcze pogorzeliska zaczęli go systematycznie przeszukiwać, dotkliwie przy tym parząc sobie ręce.
Powoli wychodziła na jaw okrutna prawda. Pożar zaskoczył mieszkańców grodu we śnie. Ci dziwnym trafem nie mogli opuścić swoich pomieszczeń, tak jakby ktoś specjalnie zabarykadował im drzwi. Wśród ciał nie znaleziono córek Wszebora i ich niani. Nie znaleziono też ciała Stoigniewa.
Zbliżał się wieczór. Żyrko i Konisz postanowili przenocować poza grodem. Zbliżająca się noc przyniosła ukojenie strudzonym członkom. Zasypiali z nadzieją, że znajdą swoje umiłowane jeszcze wśród żywych.
Z niespokojnego snu obudziły ich radosne okrzyki i gorące usta Lutosławy i Dobrochny. Powitaniom nie było końca.
Uchodząc z grodu przed niechybną, śmiercią Lutosława i Dobrochna całkowicie zdały się na Świechnę. Ta klucząc po ciemku, wśród drzew i splątanych krzewów, prowadziła je w sobie tylko znanym kierunku.
Mocno strudzone nocnym marszem niewiasty wyszły wreszcie na rozległą leśną polanę.
W wschodzących promieniach słońca ujrzały kącinę14, przed którą na kamiennej ławie, pokrytej skórami, siedział ubrany na biało stary żerca15. Skinął ręką na nie.
Trzymając za ręce Dobrochnę i Lutosławę Świechna podeszła do kapłana mówiąc:
- proszę cię święty ojcze o opiekę nad tymi dwoma gołąbkami, ojciec ich Wszebór poległ w boju podczas wyprawy na Skandynawów, a pozostawiony w grodzie Stoigniew dybie na ich życie i majętność, przeto przed zamierzonym gwałtem uchodzić nam trzeba było czym prędzej.
Znalazły panny opiekę w leśnej świątyni, w której od wieków czczono Trygława16. Stał on na podwyższeniu, zrobionym z rogów jelenich i koźlich, cały złocony w przepięknej koronie. Dach nad nim purpurowy oparty na czterech malowanych słupach, a wkoło moc dobytku wszelkiego, składanego przez ludzi w ofierze. Przychodzili tu dziękować za spełnione pomyślne wróżby. Stary żerca przepowiadał wszystkim proszącym, zarówno rycerzom jak i niewolnym. Przed Trygławem wszyscy byli równi. Przepowiedział też los córkom Wszebora. Musiały to być pomyślne wróżby, skoro po ich wysłuchaniu radosne rumieńce zagościły na ich umęczonych twarzach.
Gościna jednak długo nie trwała. Przybyły tu z miodem miejscowy bartnik17 opowiedział o pożarze w grodzie oraz o podjeździe18 zmierzającym do pogorzeliska. Panny, licząc, że to wysłannicy księcia do grodu zmierzają, nie patrząc na porę dnia postanowiły natychmiast wracać.
Późną nocą stanęli w spalonym grodzie. Jakaż ich była wielka radość gdy ujrzały śpiących młodych Nałęczów. Zaczęła wypełniać się wróżba starego żercy.
Długo by opowiadać jeszcze o niezliczonych przejściach. Jedno jest pewne, że skończyły się młodym wszelkie niepowodzenia, i tylko szczęście mogło ich w życiu spotkać.
Przepadł gdzieś Stoigniew ze zrabowanym skarbem. Ponoć pobili się przy podziale łupów, a może gdzieś skarb ukryli, a sami poginęli? Jedno jest pewne w tej historii słuch o nim zaginął.
Postanowili młodzi opuścić spalony gród na zawsze. Zbyt wiele ludzkich nieszczęść to miejsce przypominało. Osiadł Konisz wraz z Dobrochną nieopodal we własnej siedzibie dając początek nowemu rodowi, a od jego imienia siedziba i osada wiejska nazwę przyjęła najpierw Koniszewo, a potem z niemiecka Kunzow , a dziś Kończewo.
Żyrko z Lutosławą też daleko nie odjechali. I oni nieopodal grodu osiedli, a od imienia Żyrki nazwę wieś przyjęła. Najpierw Żirkowo, a później z niemiecka Sirkow lub Zirchow, a teraz wieś ta nazywa się Sierakowo.
Gród nigdy nie został odbudowany. Zgliszcza czas w proch rozsypał, miejsce trawą i drzewami porosło. Dziś tylko wprawne oko wyłowi zarys wałów obronnych, a wzniesienie na którym stał gród nie wiedzieć czemu, dziś Górą Zamkową się nazywa, ale to już inna historia.
1) Racibor - a właściwie Racibor I, ur.1112 - zm. 1158, władca Pomorza z dynastii Gryfitów. Objął księstwo po swoim bracie Warcisławie I. W 1136 r. łupieżczo najechał osadę Wikingów w Norwegii.
2) Chodzi tu o Marchię Brandenburską słynącą z wielu wypraw przeciwko Słowianom połabskim i pomorskim. Brandenburgia podczas rozbicia dzielnicowego w Polsce stała się terenem granicznym między państwami Niemców i Słowian.
4) Chrystianizację Pomorza Bolesław Krzywousty powierzył biskupowi Ottonowi, ówczesna ziemia Sławieńsko - Słupska włączona została do biskupstwa pomorskiego ze stolicą w Wolinie.
5) Chodzi tu o Duńczyków, potomków dawnych Wikingów. W tym czasie królowie duńscy władali państwem, które obok Danii obejmowało Norwegię, południową Szwecję oraz część Finlandii. W XII wieku Dania rozpoczęła ekspansję w rejonie morza Bałtyckiego podbijając ziemię północnych Słowian.
6) Konungahela, obecnie Kungölv w południowej Norwegii, w tamtych czasach pełniła funkcję ważnego ośrodka morskiego i lądowego. Dostępu do portu od strony morza broniły strome brzegi fiordu a z drugiej potężny gród. Zniszczona przez Racibora I nigdy już nie uzyskała dawnej świetności.
7) Dawniej nazwa służby na dworze u rycerzy czy też szlachty.
8) Nałęczowie - jeden z najstarszych rodów rycerskich w Polsce. W XII wieku walczyli z innymi rodami o wpływy w państwie Polskim.
9) Zbigniew, książe Polski, syn Władysława I Hermana, przyrodni brat Bolesława III Krzywoustego. Uznany przez ojca za następcę tronu. Po śmierci Hermana toczył ustawiczne wojny o tron z Bolesławem Krzywoustym, w rezultacie której został uwięziony i oślepiony. Rycerstwo, które go popierało zostało zmuszone przez Bolesława do opuszczenia kraju, a ziemie ich uległy konfiskacie.
10) Rycerski ród Łabędziów swoje pochodzenie wywodzi z ówczesnej Danii. Za zasługi dla Bolesława Krzywoustego otrzymał wiele posiadłości.
11) gardłem pokarać - wyrażenie staropolskie - znaczy dosłownie pozbawić życia przez ścięcie.
12) Wydarzenie historyczne, odnotowane w kronikach duńskich
14) Kącina - nazwa pogańskiej świątyni na Pomorzu.
15) Żerca - u Słowian ofiarnik i kapłan pogański.
16) Trygław - Bóg słowiański o trzech głowach czczony głównie przez Słowian
17) Pszczelarz, dawniej osoba zajmująca się podbieraniem miodu dzikim pszczołom.
18) Dawniej niewielki zbrojny konny oddział.
Miedzy Sierakowem Słupskim a Kończewem znajduje się niewielkie wzniesienie porośnięte lasem, które dawni mieszkańcy okolicznych wsi nazywali Górą Zamkową i głęboko wierzyli, że kryje ona skarby zapadłego zamku rycerzy- rabusiów. Jeszcze dziś mieszkańcy Sierakowa potrafią obcemu wskazać zaczarowane miejsce, ale j ego dziwna historia odeszła w zapomnienie. A wydarzyła się ona w czasach, gdy Pomorze było protestanckie, a w Sierakowskim kościele pastorem był nieznany z imienia Hertel. Tenże pastor uchodził za człowieka nadzwyczajnie mądrego i ogromnie ciekawego nieznanej zwykłym zjadaczom chleba wiedzy astronomicznej i alchemicznej . Śledził plamy na słońcu i potrafił z ruchu gwiazd odgadnąć, czy Najwyższy Stwórca szykuje rolnikom słoneczny dzień, czy słotę. Taki był pastor Hertel, który znał leczniczą moc ziół i magiczne formuły na osłabienie siły szatana, bezskutecznie krążącego wokół Zamkowej Góry. Pastor zestarzał się na kościelnej posłudze, coraz więcej czasu spędzał na czytaniu mądrych ksiąg i bardzo nie lubił, gdy go od lektury odciągano. Nic więc dziwnego, że parafianie w sprawach ważnych szukali protekcji u jego trzech córek i za ich pośrednictwem starali sieje załatwić. Pastorówny wyręczały ojca we wszystkich sprawach życia doczesnego. Wiedziały gdzie i komu trzeba pomóc, gdzie i kogo wysłuchać , gdzie i jak pouczyć. Pastor spokojnie oddawał się w swoim gabinecie lekturze ksiąg coraz mądrzejszych i coraz bardziej tajemniczych, a kiedy trzeba było odprawić mszę, nowego parafianina ochrzcić, czy któregoś z sąsiadów na wieczny odpoczynek odprowadzić, brał oprawione w skórę Pismo Święte i drobnym kroczkiem ruszał pełnić przypisane mu obowiązki.
Pewnego dnia córki duchownego postanowiły przyjąć na plebanię nową gospodynię - Klarę Topel z Kończewa. Znały ją jako bardzo pracowitą dziewczynę, która pięknie śpiewała gotowała wspaniałe obiady. I tak Klara pojawiła się w domu pastora, ale nigdy do jego gabinetu nie wchodziła, bowiem tam wstęp miały tylko pastorówny.
Minął rok, minął drugi i trzeci. Czerwiec tamtego roku był upalny, zaś słońce zachodziło za lasem bardzo późno, czyniąc gwałtownie miejsce zupełnie czarnej nocy. Podczas jednej z takich nocy bez gwiazd, Klara nie mogła zasnąć . Przewracała się w pościeli z boku na bok, aż wreszcie wstała i podeszła do okna i otworzyła je szeroko. Pachnące wiatrem i wodą powietrze gwałtownie wpadło do pokoju i zawirowało wokół Klary. Dziewczyna głęboko odetchnęła i nagle jej wzrok przyciągnęło intensywne światło, które paliło się na szczycie Zamkowej Góry.
- Czary, czy co?... - sama do siebie wyszeptała Klara.- Na Górze Zamkowej widać
rozświetlone okna, w których poruszają się cienie ludzi! Pójdę obudzę pastora, bo to na
pewno diabelska sprawka...
Dziewczyna pobiegła do sypialni pastora, ale zanim wielebny zrozumiał, o czym mówi zdenerwowana służąca i przyszedł do jej pokoju, by dziwne zjawisko zbadać, świateł na Górze Zamkowej już nie było.
- Oj, Klaro coś ci się przyśniło, a ty rumor w całym domu czynisz... - dobrotliwie pogderał
pastor i do sypialni wrócił.
Klara z niedowierzaniem patrzyła na Górę Zamkową, ale ani jeden promyk światła nie pojawił się w osnutej czernią nocnej scenerii.
- Może rzeczywiście coś mi się przyśniło...- zwątpiła dziewczyna.
Minęło kilka dni. Klara zapomniała o nocnym widzeniu. Cała wieś szykowała się do sobótkowych uroczystości. Przy wielkim ognisku bawili się starzy i młodzi, a pieśni niosły się wysoko nad polami i lasem. Kiedy rozbawiona Klara wróciła do domu i spojrzała przez okno, znowu zobaczyła rozjarzony światłami szczyt Zamkowej Góry. Pędem rzuciła się ku drzwiom w poszukiwaniu pastora, ale gdy przekroczył on próg jej komnaty , za oknem była tylko czarna noc.
Tym razem jednak pastor nie skarcił dziewczyny. Pogłaskał ją po głowie i powiedział:
Widzisz dziecko, skoro znowu światła zapadłego zamku dla ciebie zapłonęły, to znak, że zostałaś wybrana przez czarodziejskie siły i ty jedna możesz iść na Zamkową Górę, by
skarby rycerzy- rozbójników wydobyć. Ja cię do tego zadania przygotuję, ale muszę w
księgach znaleźć odpowiednie zaklęcia, które przed siłą szatańską cię osłonią i bezpiecznie
do domu wrócić pozwolą. A teraz idź dziecko do łóżka i nie myśl już o tych światłach...
Klara posłusznie skinęła głową i zrobiła, jak j ej pastor polecił. A pastor Hertel ruszył do
gabinetu i za chwilę już był po uszy zagłębiony w lekturze. Nad ranem znalazł wreszcie to,
czego szukał. W skupieniu notował coś na papierze i tak się tym zajęciem zmęczył, że zasnął.
Kiedy córki zeszły do jadalni na śniadanie, zdziwiły się nieobecnością ojca. W sypialni go
nie było, łóżko wyglądało na nietknięte. Zaniepokojone pastorówny rozbiegły się po całym
domu, i znalazły ojca smacznie śpiącego nad książkami.
- Czy ojciec nie przesadza z tymi lekturami po nocy? Przecież tak nie wolno...- pastorówny
stanęły w drzwiach gabinetu, załamując ręce.
- Nie wolno, nie wolno...-pastor nieprzytomnie powiódł wzrokiem dookoła. - Oczywiście, że
nie wolno... Ja to przecież wiem, ale tylko chciałem j jedną kartkę odnaleźć... No i... sam nie
wiem, jak to się stało, że zasnąłem. Bardzo was, moje dzieci przepraszam...
Pastor wcale jednak nie wyglądał na skruszonego winowajcę. Raczej na zadowolonego z siebie odkrywcę. Podniósł się z fotela i rozłożywszy ręce jął delikatnie wypychać córki z gabinetu, by tajemnic jego nie poznały. Potem wezwał do gabinetu Klarę i zamknąwszy starannie drzwi, powiedział do zaintrygowanej dziewczyny:
- Tu jest stara książka z modlitwami, z której dziad mój egzorcyzmy odprawiał i złego
ducha z ludzi wyganiał. Znalazłem tu słowa, które skarby przeklęte wydobyć pozwalają ...
Nachyl się, dziecko, to cię tych słów nauczę!
Pochylił
























